Kolorowe podwórko na Roosevelta
Czy wspólne to znaczy niczyje?
Nic tak nie przywiązuje nas do danego miejsca, jak wkład naszej pracy wniesiony w jego ulepszenie. Oprócz czasu i uwagi przelewamy w to również kawałek serca. I wtedy - choć wspólne - staje się też nasze. A swoim trzeba się opiekować.
Często to, co publiczne, ogólnodostępne, odbieramy jako tak naprawdę niczyje. Bo przecież pilnują tego jakieś miejskie urzędasy i to wcale nie znaczy, że to należy do wszystkich mieszkańców. Taki sposób myślenia sprawia, że nikt nie poczuwa się do dbania o swoje otoczenie. Po co wrzucać śmieci do kosza, można rzucić na trawnik, w końcu to nie mój trawnik, a i tak przyjdzie ktoś i to posprząta, co mnie to, pani! I tu wchodzi cała na biało partycypacja społeczna (czasem lubię używać takie trudne słowa, ale spokojnie, jest przecież Miejski Słowniczek!). Chociaż zazwyczaj używając takiego pojęcia ma się na myśli nieco większe zaangażowanie mieszkańców w sprawy ważne dla ich społeczności (lokalne wybory, budżet obywatelski, udział w konsultacjach społecznych), a nie malowanie fantastycznych stworzeń na ścianach XIX-wiecznych kamienic. Ale hej, od tego się zaczyna! Powoli, od spraw najbliższych i codziennych buduje się zaangażowanie i świadomość, poczucie wspólnoty i przynależności, które dobrze wykorzystane, przyniesie same korzyści.














































